a tak się dobrze zapowiadała...
ja - i moje książki
ja - i moja rodzina
ja - i moje zwierzęta
inni o mnie
rozmaitości
trofea
Dorota Terakowska - strona główna


Awantura hiszpańska
czyli jak odbierałam nagrodę w Sewilli

Sewilla - La Giralda Do Hiszpanii poleciałam, aby w dniu 11 października, w czasie uroczystej ceremonii otwarcia 24. Kongresu IBBY - odebrać dyplom. Dyplom poświadcza, że moja baśniowa powieść Córka Czarownic, nagrodzona wcześniej przez polską sekcję IBBY, została uroczyście wpisana na Honorową Światową Listę 1994, zawierającą ponoć - cytuję - "najlepsze książki świata dla dzieci i młodzieży". Międzynarodowe jury IBBY tworzy taką Listę raz na dwa lata spośród propozycji nadesłanych przez sekcje narodowe. Moja książka znalazła się w znakomitym towarzystwie Noelki Małgorzaty Musierowicz oraz Roku Smoka Joanny Rudniańskiej - i na nią padło łaskawe oko międzynarodowego jury. Wedle zasad IBBY na Listę może się dostać tylko jedna książka z każdego należącego do tego stowarzyszenia kraju - a jest ich już aż 64. Wyjątek stanowią państwa wielojęzyczne. Kanada miała więc prawo do dwu laureatów, a malutka Szwajcaria aż do czterech (choć było jedynie dwóch), ale Polska tylko do jednego. Lista jest jednak obszerna, bowiem zawiera też nazwiska najlepszych rysowników i tłumaczy literatury dziecięcej.
Już w marcu dowiedziałam się, że jestem na Liście, i poczułam się niezwykle dowartościowana. Pisarze z reguły pozują na ludzi szalenie skromnych, ale w głębi duszy są próżni - i lubią wszelkie zaszczyty. Zatem fakt, że trochę spuchłam z dumy, był czymś zrozumiałym. Tymczasem po otrzymaniu serdeczno-uroczystego listu z Bazylei - siedziby IBBY - zaczęły szybko napływać dalsze. Płynęły pocztą list za listem i broszura za broszurą, informujące co to jest IBBY - a jest to Światowa Rada Książek dla Dzieci i Młodzieży - i zawierające mnóstwo innych informacji. Wszystkie listy ponawiały zaproszenie do Sewilli w październiku, gdzie miałam odebrać dyplom w atmosferze uroczystej ceremonii. "Gdyby jednak Pani nie mogła przyjechać oczywiście Pani dyplom zostanie wręczony delegatom na Kongres z polskiej sekcji IBBY" Chwała Bogu - pomyślałam sobie. - Bo gdybym na przykład zachorowała... Następne listy, podpisane przez sekretarza IBBY Lenę Maissen lub Anę Franco z Madrytu i wreszcie samego doktora Ronalda Jobe, prezydenta IBBY, rodem z Kanady przynosiły dalsze szczegóły. "Jeśli chce Pani wziąć udział w Kongresie, a nie tylko w ceremonii otwarcia, prosimy wpłacić 4 tysięcy pesetów, na konto nr..., tytułem opłaty akredytacyjnej, która pokryje koszt organizacji Kongresu". A potem następny list: "jeśli przyjeżdża Pani na ceremonię prosimy już o zarezerwowanie sobie hotelu. Oto adresy hoteli do wyboru, wraz z mapą ich usytuowania w Sewilli. W celu zagwarantowania rezerwacji prosimy wpłacić do 30 maja 20 tysięcy pesetów na konto nr..."
Korespondencja gęstniała, szczegóły stawały się coraz wyrazistsze - i kosztowniejsze, a mnie rozbolała głowa od myślenia: jechać czy nie jechać? Wszystko to razem - z podróżą, hotelem, pobytem na Kongresie i jedzeniem - będzie kosztowało mnóstwo forsy. Mój wydawca zawsze miał mnie w nosie, w dodatku podobno zbankrutował i sprzedał wydawnictwo komu innemu. A minister kultury... hm...? W zasadzie minister kultury powinien być ze mnie trochę dumny, więc... No, ale go nie znam ani on mnie, więc... Po namyśle zatelefonowałam z Krakowa do Grzegorza Leszczyńskiego, prezesa polskiej sekcji IBBY:
- Panie Grzesiu - powiedziałam zdecydowanie - nie mam siły. Po prostu to Pan przywiezie mi ten dyplom.
- Nie przywiozę - odparł Grzegorz Leszczyński ponurym tonem. - Nie przywiozę, bo nie jadę. Nikt od nas nie jedzie. Nasza sekcja jest bardzo biedna, ja jako naukowiec zarabiam niewiele, a minister kultury skąpi grosza. Zabrakło nam 16 milionów na tę piekielną opłatę akredytacyjną. Miała jechać pani Joanna Papuzińska i ja. No i nic z tego. Jeszcze pertraktujemy, składamy odwołania, szukamy sponsora, ale... Sama Pani wie.
- O rany... - jęknęłam. Bo wszystko stało się jasne: albo pojadę na własny koszt, albo mój dyplom będzie gdzieś błądzić pocztą po Europie, nie daj Bóg zaginie albo co, może w ogóle do mnie nie dotrze? Trudno. Zbankrutuję - ale pojadę.
- W końcu - powiedział finansujący mnie mąż - taki zaszczyt, który trafił ci się jak ślepej kurze ziarno, pewnie już cię nigdy w życiu nie spotka. Jedziesz.

l w ten sposób w dniu 10 października, po wpłaceniu różnych kwot na różne zagraniczne konta i wykupieniu samolotowego biletu, wyleciałam do Sewilli. Gdy wylatywałam, w Krakowie i Warszawie właśnie prószył pierwszy śnieg. Doleciałam i... Palmy, pomarańczowe drzewka, oszałamiające zabytki - i temperatura ponad 30 stopni w cieniu. A pisali w broszurce z Bazylei, że powinna wynosić najwyżej 25 stopni! Cała moja garderoba zawisła w hotelowej szafie, a ja popędziłam do pierwszego z brzegu butiku, żeby kupić najtańszy podkoszulek i okulary słoneczne. Tak, Polska jest kochana, ale szara. Światło dzienne w pełnej słońca Sewilli poraziło moje oczy do bólu i łez. A jest tam na co patrzeć: cała architektura jeszcze ciągle pamięta panowanie Maurów. Nawet wieża w najsławniejszej - drugiej co do wielkości w całym świecie! - sewilskiej katedrze była wcześniej minaretem. Prawie co trzeci dom wygląda jak pałac, a pałace przypominają budowle z baśni. No i wreszcie właśnie tu znajduje się grób Krzysztofa Kolumba, obok którego przystanęłam z mieszanymi uczuciami. Sam grób jest imponujący: trumnę odkrywcy Ameryki dźwigają cztery wyrzeźbione i malowane ludzkie postacie naturalnej wielkości, trumna zaś jest krótka i wysoka. Choć na zwiedzanie miałam tylko jeden dzień, był on tak bogaty we wrażenia, że więcej takich dni przyprawiłoby mnie chyba o zawał. Byłam nawet na prawdziwej corridzie, aby upewnić się, że mój do tej pory czysto teoretyczny sprzeciw wobec tego widowiska jest głęboko uzasadniony. Niestety, wszędzie chodziłam sama.
Gdy wreszcie dotarłam do Pałacu Kongresowego, aby - zgodnie z zaleceniami przesyłanymi w listach - zameldować mój przyjazd, recepcjonistka zdziwiła się szczerze:
- Polska? W ogóle nie mamy założonej teczki dla Polski. Podobno z tego kraju nikt nie przyjeżdża.
- Ale ja jestem laureatką...
- Aaaa, to co innego. Listę laureatów mamy osobno. Jak to? l nikt Pani nie towarzyszy?! - ciągnęła zaszokowana recepcjonistka. - Tutaj każdy laureat przyjeżdża z całą grupą delegatów swojej narodowej sekcji! Nawet Rosjan jest chyba z dziesięciu...

11 października o godz. 14 ośmioosobowe międzynarodowe Prezydium IBBY podejmowało laureatów wytwornym lunchem w typowo hiszpańskiej restauracji na Calle Alvarez Quintero, wąziutkiej, szerokiej raptem na 3 metry uliczce. Powitano nas serdecznie i rozsadzono przy stołach metodą hamburgera: jeden przedstawiciel Prezydium i paru laureatów. Dr Ronald Jobe, prezydent IBBY, człowiek z natury wesoły i serdeczny, uściskał mnie i spytał: A kto przyjechał jeszcze z Polski? Z sekcji IBBY? Nikt - odparłam ponuro. Naprawdę? - zdziwił się prezydent Jobe. Za chwilę, gdy już usadzono mnie obok członka Prezydium, pana Stottele z Niemiec, padło znowu pytanie:
- A ten sympatyczny, inteligentny młody człowiek, prezes waszej sekcji IBBY, gdzie jest teraz? W Pałacu Kongresowym?
- Grzegorz Leszczyński? W Polsce - odparłam. - Minister kultury i sztuki, pan Dejmek poskąpił pieniędzy na wyjazd dla polskiej sekcji, tłumacząc, że nie ma funduszy.
- Jak to? - zdziwił się pan Stottele. - Wasze władze wszędzie w świecie mówią, że jesteście pierwsi w postępach reformy gospodarczej spośród wszystkich byłych komunistycznych krajów! To jakim cudem są tu Rosjanie, Czesi, Słoweńcy, a nawet Bułgarzy, a nie ma Polaków?!
Swoją samotnością budziłam sensację już do końca pobytu w Sewilli. Nawet na uroczystej ceremonii otwarcia Kongresu i wręczania dyplomów. A było na co popatrzeć, bowiem okazało się, że na sali siedzi aż 700 delegatów, a dr Ronald Jobe ma talenty prawdziwego showmana.
- Wszyscy zawsze pytają mnie, co to jest ta IBBY! - zagrzmiał ze sceny. - Ja wtedy mówię: IBBY to cały świat! Proszę o powstanie delegatów z Afryki! l wstała potężna, gruba, czarna jak heban Murzynka w kwiecistej sukni, powitana burzliwymi oklaskami.
- A teraz wstają Australijczycy! Brawo! Prosimy o powstanie delegatów Azji! A teraz Ameryka Południowa! Ameryka Północna i Kanada! Europa!
Delegaci na sali zrywali się ze swych miejsc, następnie siadali, wstawali kolejni - i przypominało to fale na wzburzonym morzu. A potem wywoływano laureatów. Każdemu, przy wtórze braw, wręczano jakąś sporą, grubą paczkę. Przygotowałam się psychicznie i po wywołaniu mego nazwiska wkroczyłam na scenę, uścisnęłam dłonie członków Prezydium i hiszpańskich gospodarzy, po czym zacisnęłam ręce na paczce. Byłam święcie przekonana, że właśnie ona zawiera ów wymarzony dyplom. Nie dostrzegłam zatem niewielkiej, żółtawej karteczki z czerpanego papieru - i spadła na podłogę.
- Dyplom! - wykrzyknął doktor Jobe. - Zgubiła Pani dyplom! Sala wybuchnęła serdecznym śmiechem, ktoś podniósł dyplom i ponownie mi go wręczył, a dr Jobe obowiązkowo mnie uściskał. W tej grubej paczce zaś znajdowała się klasyczna hiszpańska ceramiczna płytka, z wymalowanym ręcznie symbolem Sewilli, moim nazwiskiem, datą i nazwą Kongresu. Nazwiska wszystkich laureatów znalazły się też w ładnie wydanej broszurce Laureaci Honorowej Listy IBBY 1994, wraz ze streszczeniami ich książek, krótkim życiorysem zawodowym i adresami.
Jakby sewilskich emocji było mało, zostałam jeszcze zaproszona przez przypadkowo poznane polsko-hiszpańskie małżeństwo (graficzka Ela Woźniewska i grafik oraz pisarz z Madrytu. Miquel Angel Pacheco) na typowo hiszpańską kolację. A ponieważ Hiszpania aż z trzech stron jest otoczona morzem - więc jedliśmy różne odmiany frutti di mare i ryb. W ten sposób po raz pierwszy w życiu jadłam ostrygi i zapewniam wszystkich, że są przepyszne. No i trafiło mi się, jak ślepej kurze, wspaniałe ziarno, ale wyznam szczerze, że dziobałoby się je o wiele milej, gdybym - jak wszyscy pozostali laureaci - była w towarzystwie swojej sekcji IBBY i nie musiała co chwilę odpowiadać na zdziwione pytanie: Ale dlaczego ich tu nie ma, skoro są wszyscy, nawet Bułgarzy?!?


Wasza szczęśliwa laureatka Dorota Terakowska
Guliwer 1/95


Poprzednia strona